28 października 2020

Alfa Romeo Giulia – randka z Włoszką

Testujemy samochód

Giulia to jeden z najpiękniejszych sedanów klasy średniej. Auto, wobec którego nie można przejść obojętnie. Jednak wygląd to nie wszystko, Giulia może napędzać wyłącznie tylne koła co stawia ją w jednym szeregu z BMW serii 3, Mercedesie klasy C czy odchodzącym Lexusie IS.

Z zewnątrz tego auta nie da się pomylić

W Giulii można się zakochać od pierwszego wejrzenia. Już sam widok charakterystycznego grilla, szerokich przednich błotników, długiej maski i to „spojrzenie” reflektorów mogą wystarczyć, by się zakochać w tym aucie. Do tego piękna linia boczna z przetłoczeniami i zgrabny, jędrny tył. Dwie sporej średnicy rury wydechowe zwiastują moc drzemiącą pod maską. Całości dopełniają piękne alufelgi, moim zdaniem w jedynym słusznym wzorze.

Wnętrze jest niezwykle eleganckie

Wnętrze to również mocny punkt Giulii. Ciekawie zaprojektowana deska rozdzielcza udanie łącząca klasykę z nowoczesnością. Prestiżu dodawał pakiet Luxury Oak z wykończeniem prawdziwym drewnem i podwójnym szyberdachem. Wszystko elegancko i ze sportową nutą. Przy tym funkcjonalnie. Nawet ekran systemu multimedialnego zgrabnie wkomponowano w deskę by nie wystawał jak to ma miejsce chociażby w Mercedesie. Zegary tradycyjnie dla marki w dwóch tubach z wyświetlaczem pośrodku. Znajdziemy tu wyłącznie analogowe wskazówki co idealnie wpasowuje się w charakter tego modelu. Skala na obrotomierzu i prędkościomierzu stratuje z godziny 6 – jak przystało na auto ze sportową nutą. Przestronność – z przodu jest wystarczająco miejsca nawet dla wyższych osób, zaś pasażerowie tylnej kanapy – cóż, lepiej nie zapraszać tam trzeciej osoby. Za to bagażnik mieści aż 480 litrów i mimo zastosowania tradycyjnych zawiasów nie wnikają one w przestrzeń ładunkową. Z bagażnika możemy również złożyć oparcia tylnej kanapy – tak powinno być.

Alfa Romeo = radość z jazdy

Jednak Giulia to auto przede wszystkim zorientowane na kierowcę i frajdę z jazdy. Kierownica dobrze leży w dłoniach, fotel daje bardzo dobre podparcie, a zakres jego regulacji zadowoli chyba każdego kierowcę. Widoczność zza kierownicy jest nadspodziewanie dobra i bardzo szybko i łatwo czujemy wymiary auta. Dwulitrowy silnik benzynowy z turbosprężarką o mocy 200 KM to ….najsłabsza benzyna pod maską Giulii. Co ciekawe nie ma możliwości skonfigurowania tego modelu ze skrzynią manualną – do dyspozycji jest tylko 8 stopniowy automat. Silnik i skrzynia to zgrany duet. Skrzynia bez problemu odczytuje intencje kierowcy i nie pozwala sobie na chwilę zwłoki. Do wyboru mamy trzy tryby jazdy. Ekonomiczny, oznaczony na pokrętle DNA literą A możemy sobie spokojnie darować. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie go używał w tym aucie. Tryb N – jazda normalna. Zazwyczaj wystarczy. Wszystko działa tak jak powinno być, brak tylko nieco więcej ostrości w reakcji na gaz. Ostatni tryb z oznaczeniem „D” bez problemu pozwala silnikowi wkręcać się na wyższe obroty. I to przy pięknym akompaniamencie spod maski. Gdyby tego był mało mamy do wyboru jeszcze manualną zmianę przełożeń za pomocą łopatek przy kierownicy. W ten sposób bez problemu dokręcimy silnik do odcięcia.

4 cylindry brzmią sportowo

System audio? OK, jest i to całkiem niezły. Niemniej jednak jeśli usłyszysz pracę tego silnika a w Twoich żyłach płynie choć ociupina benzyny (a chyba płynie skoro siedzisz za kierownicą Alfy) to…. system audio masz pod maską i sterujesz nim prawą stopą. Do tego dodajmy cudownie działający układ kierowniczy. Mógłby chodzić z nieco większy oporem, ale… to jedna z tych drobnych wad, które wybaczamy tej włoskiej ślicznotce. Mimo tej drobnej niedoskonałości daje on więcej niż wystarczające czucie drogi i informację zwrotną z kół. Zawieszenie to przynajmniej dla mnie jedno z większych zaskoczeń Giulii. Jest zaskakująco komfortowe mimo sportowego charakteru. Daje przy tym niesamowicie dobre trzymanie drogi i czytelną informację o zbliżaniu się do, leżącej i tak dość daleko granicy przyczepności. Giulia wprost uwielbia zakręty i szybka jazdę po nich. To po prostu jej środowisko naturalne. Tak samo dobrze czuje się połykając kilometry na autostradzie. Nie boi się też miasta, gdzie przyjemnie zaskakuje promieniem skrętu i systemami asystującymi.

Małe sedany, gatunek wymierający?

Alfa Romeo Giulia to takie auto, z którego nie chce się wysiadać. Gdy zajmie się pozycję za kierownicą to każda droga staje się przyjemnością, szuka się frajdy w każdym kilometrze. Na wady patrzy się przez palce, bo jak każdej ślicznotce, jesteśmy skłonni je wybaczyć. Czy można chcieć czegoś więcej? Chyba tylko Giulii Quadrifoglio z 510 konnym V6 pod maską. Natomiast patrząc na wyniki sprzedaży może okazać się, że nie ujrzymy kolejnej generacji Giulii.

Daj nam znać w komentarzu czy wolisz małe sedany czy bardziej przemawiają do Ciebie niewielkie SUVy.

Artykuł przygotowany przy współpracy z 4kolkaszczescia.pl

15 października 2020

Samochody w żółtej strefie? [Aktualizacja: 18.10.2020 r.]

Fakty i mity

16 października w dzienniku ustaw ogłoszono rozporządzenie zmieniające poprzednie rozporządzenie. W związku z tym postanowiliśmy sprawdzić czy nowe regulacje dotyczą obowiązku zakrywania ust i nosa w samochodach.

Jak zmieniła się treść rozporządzenia?

Z § 27 w ust. 1 pkt 1 wykreślono cały fragment dotyczący pojazdów samochodowych więc pominiemy analizę tego punktu (nie ma = nie dotyczy).


W § 27 w ust. 3 pkt 1. 1) zmieniono treść z:
„Obowiązku (przyp. red.: zakrywania ust i nosa) nie stosuje się w przypadku: pojazdu samochodowego, w którym przebywają lub poruszają się: jedna osoba albo jedna osoba z co najmniej jednym dzieckiem (przyp. red.: do ukończenia 5. roku życia), albo osoby zamieszkujące lub gospodarujące wspólnie
;
Na:
„Obowiązku (przyp. red.: zakrywania ust i nosa) nie stosuje się w przypadku: pojazdu samochodowego, w którym przebywają lub poruszają się: co najmniej jedna osoba albo jedna osoba z co najmniej jednym dzieckiem (przyp. red.: do ukończenia 5. roku życia)”

  • – w pierwotnym brzmieniu opisywanego punktu maseczki musiały nosić osoby, które nie zamieszkują razem i był to zapis, który wyjaśniał wszelkie wątpliwości w przypadku jazdy taksówką, przewozem osób lub chociażby podwożeniem znajomych.

Kto więc obecnie nie musi zakładać maseczki? Rozłóżmy nowy zapis na czynniki pierwsze

W aucie „przebywa co najmniej jedna osoba” (wcześniej nie występowało słowo „co najmniej”) – jeżeli więc:

  • – jedziemy sami to nie zakładamy maseczki
  • – jedziemy we dwoje to również bez maseczek
  • – jedziemy w trójkę, czwórkę czy piątkę to też bez zasłaniania ust i nosa
    Nie ma tu mowy o tym, czy mieszkamy razem czy nie – liczy się wyłącznie liczebność podróżujących.

  • W aucie „przebywa jedna osoba z co najmniej jednym dzieckiem” – jeżeli więc:
  • – jedziemy sami z dzieckiem do 5 lat to nie zakładamy maseczki
  • – jedziemy sami z dwójką dzieci do 5 lat to również nie
  • – jedziemy z żoną i jednym dzieckiem do 5 lat to mamy obowiązek założenia maseczki
    Tego zapisu nie potrafimy racjonalnie wytłumaczyć. Dlaczego rodzice podróżujący z dzieckiem do 5 lat z którym mieszkają muszą mieć maseczkę, a jak dziecko ma 6 lat to już nie muszą???

Nowe przepisy: podsumowanie

Nowe brzmienie rozporządzenia zdejmuje obowiązek jazdy w maseczkach w taksówkach z nieznajomym kierowcą, ale nakłada obowiązek noszenia maseczki, kiedy jedziemy całą rodziną z dzieckiem do 5 lat, która mieszka razem.


Ustawodawca chyba nie przemyślał wprowadzanych zmian albo przeczytał nowe zapisy nie wystarczającą ilość razy przed kliknięciem zielonego przycisku „opublikuj”. Niemniej jednak przepisy to przepisy i respektować je należy, chociaż w tym przypadku rekomendujemy stosować regułę „zdrowego rozsądku”.


Jeżeli więc przebywacie z osobami, z którymi nie mieszkacie to zawsze zakładajcie maseczkę (niezależnie czy w samochodzie czy w innym miejscu). A najlepiej zostańcie w domu.

Pierwotna treść artykułu [15.10.2020 r]

Od 10 października cały kraj został objęty tzw. Żółtą strefą. Oznacza to obowiązek zakrywania ust i nosa w przestrzeni publicznej, zarówno w sklepach i autobusach, ale również na ulicy. Kara za brak maseczki wynosi 500 zł i policja stosuje w tym przypadku zasadę „zero tolerancji”.

A jak wygląda sytuacja w przypadku przemieszczania się samochodem? Czy również musimy jeździć w maseczce na twarzy?

Standardowo w takich przypadkach zastosowanie ma odpowiedź „to zależy”. Sprawdźmy kiedy grozi nam kara. Głównym czynnikiem warunkującym obowiązek noszenia maseczki jest obecność w aucie innych osób. Jeżeli podróżujemy sami lub wyłącznie z osobami z którymi mieszkamy to nie musimy zakładać maseczki.

Podróżując z kimś, z kim nie mieszkamy musimy zakryć nos i twarz. Obowiązek ten dotyczy zarówno kierowcy jak i pasażerów. Wsiadając więc do taksówki pamiętajmy o zakryciu twarzy jeszcze przed otwarciem drzwi.

Za brak maseczki w samochodzie grozi mandat w wysokości 500 zł. Natomiast w przypadku odmowy przyjęcia mandatu policjant skieruje wniosek o ukaranie do sądu i dodatkowo wniosek o rozpoczęcie postępowania administracyjnego do inspekcji sanitarnej. Wtedy możemy spodziewać się kary od 5 tys. Do nawet 30 tys. zł.

Lepiej pamiętać też o założeniu maseczki w samochodzie, który wynajmujemy. Np. korzystając z popularnym w ostatnim czasie wynajmie na minuty lepiej założyć maseczkę. Koronawirus SARS-CoV-2 utrzymuje się na różnych powierzchniach nawet do 72 godzin. Poza stosowaniem maseczek warto zdezynfekować ręce.

Kto nie musi nosić maseczki w pojeździe:

  • – Kierowcy, podróżujący samemu swoim samochodem
  • – Podróżujący, kiedy wszyscy mieszkają razem
  • – Dzieci do lat 5
  • – Osoby chore, posiadające stosowne zaświadczenie od lekarza
  • – Kierowcy transportu publicznego, pod warunkiem, że są odseparowani od pasażerów w minimalnej odległości 2 m

Miejmy nadzieję, że sytuacja w Polsce już niedługo się poprawi. A podróże naszymi wymarzonymi samochodami będą zawsze bezpieczne i przyjemne i jedyne maski, o których będziemy pamiętać to te ochraniające silnik przed deszczem.

4 października 2020

MINI Cooper SE – czy elektryczne MINI zachowało gokartowy charakter?

Testujemy samochód

Czasy się zmieniają, ale pewne rzeczy pozostają takie same. No dobra, prawie takie same. Tak właśnie jest z MINI Cooperem SE – pierwszym w pełni elektrycznym MINI.

Tego auta miało tak naprawdę nie być.

Gdy debiutowała aktualna generacja MINI, nikt nie zakładał że jedną z wersji silnikowych będzie auto elektryczne. Jednak jest! Układ napędowy wzięty z BMW i3s został opakowany w klasyczne kształty legendarnego MINI i na pierwszy rzut oka wersja elektryczna z zewnątrz to niemal ten sam samochód, który fani marki znają od 2014 roku. Coopera SE rozpoznamy po detalach takich jak brak rury wydechowej, znaczki MINI Electric, żółte lusterka, dedykowany projekt felg oraz zmieniony grill. Klapka wlewu paliwa pozostała w niezmienionym miejscu, ale nie rzuca się już w oczy chromowanym deklem. Element ten jest w wersji elektrycznej malowany pod kolor nadwozia i co oczywiste kryje tylko gniazdo do ładowania. Niezmienione w stosunku do spalinowych wersji MINI zostały tylne światła w technologii LED z wkomponowanym Union Jackiem oraz wlot powietrza na masce. To co, osobiście mnie zaskoczyło to emblemat modelu, który wskazuje wersję Cooper S. Zaginęła literka E.

Więcej zmian odnajdziemy we wnętrzu.

Największą różnicą jest nowy zestaw wskaźników za kierownicą. Do jego czytelności trudno mieć uwagi. Podobnie jak w hybrydowym Countrymanie starter ma kolor limonkowy. Złego słowa nie da się też powiedzieć o jakości materiałów i ich spasowaniu. Obsługa pokładowego systemu inforozrywki jest intuicyjna i bezproblemowa. Pozycja za kierownicą wzorowa, ilość miejsca w pierwszym rzędzie bez zastrzeżeń. Fotele ujmują zakresem regulacji oraz wygodą, a także dobrym podparciem bocznym w zakrętach. Ale o tym za chwilę. Tylna kanapa – jest, i to w zasadzie tyle, co można o niej powiedzieć. Oferuje tak naprawdę dwa miejsca, na których posadziłbym co najwyżej dzieci. I to takie, które potrafią same zapiąć się w foteliku lub go nie potrzebują. Zajęcie miejsc w tylnym rzędzie wymaga dobrego wygimnastykowania a ilość miejsca jest na tyle znikoma, że lepiej nie proponować znajomym podróży w czwórkę, chyba, że dotyczy naprawdę awaryjnych sytuacji. Lepiej od razu potraktować tył MINI jako potencjalną możliwość powiększenia bagażnika. Ten na szczęście nie ucierpiał mocno na zelektryfikowaniu MINI Hatch. Czyli dwie osoby spakują się bez problemu, pod warunkiem że nie robią właśnie zakupów w markecie budowlanym lub meblowym.

Zachowanie na drodze i osiągi

Jednak dużo ważniejsze niż funkcjonalność, pojemność bagażnika i ilość schowków w przypadku MINI jest zachowanie na drodze i osiągi. Cooper SE na tym polu nie rozczarowuje. Co prawda potrzebuje pół sekundy więcej niż Cooper S na osiągnięcie 100 km/h, jednak poza naprawdę ostrą jazdą po torze nie zauważymy różnicy. MINI Electric punktuje za to liniowym przyrostem mocy oraz imponującą siłą napędową niezależnie od prędkości. Precyzja prowadzenia, praca zawieszenia jest dokładnie taka jak sloganowa gokartowa frajda z jazdy. Tutaj rodzaj napędu nie zmienia nic. Do wyboru mamy 4 tryby jazdy: Green i Green+ dla zdecydowanych zwolenników jazdy eko, Normal oraz Sport dla osób, które lubią poszaleć. Już w trybie Normal osiągi są więcej niż wystarczające, jednak prawdziwa zabawa zaczyna się po przełączeniu trybu na Sport. Wtedy czujemy się jak w „prawdziwym” MINI, uśmiech nie schodzi z twarzy, każdy zakręt traktujemy jakby był ostatnim przed linią mety w trakcie wyścigu. Jedyne czego brakuje to dźwięk silnika. Poza wyborem trybu jazdy możemy tez zdecydować o sile rekuperacji. Wybór łagodniejszego trybu odzysku energii sprawia, ze nie musimy nic zmieniać ze swoich dotychczasowych przyzwyczajeń w jeździe. Agresywniejszy tryb wymaga przyzwyczajenia, gdyż tutaj każde ostrzejsze cofnięcie nogi z pedału jazdy powoduje zapalenie się świateł stopu oraz odczuwalną zmianę prędkości. Wraz z pokonanymi kilometrami powoli da się opanować taki sposób operowania gazem by w zasadzie zapomnieć o istnieniu pedału hamulca. MINI Electric osiąga maksymalnie 150 km/h, a realny zasięg to nieco ponad 200 kilometrów. Nie oszukujmy się, MINI Electric to nie jest auto stworzone do wakacyjnych podróży. Zasięg bez problemu wystarczy do przemieszczania się po mieście. Gdybyśmy jednak chcieli wybrać się gdzieś dalej to na uznanie zasługuje czas ładowania. W przypadku korzystania z szybkich ładowarek wystarczy 30 minut, aby akumulatory Coopera SE były naładowane w 60%. I gokartowa frajda z jazdy może trwać nadal. Nawigacja sprawnie wyszukuje w punkty ładowania w pobliżu, co bardzo ułatwia zaplanowanie podróży – fajna rzecz.

MINI Electric jest jak każde inne MINI – zadziorne i charakterne.

Jednocześnie też zupełnie odmienne z racji napędu. Na szczęście nie zmienił on bardzo pozytywnego odbiór tego auta przeze mnie. Dalej jest to takie samo auto jakie kocha każdy fan marki. Tyle tylko, ze bardziej eko. Konkurencja w tej cenie oferuje bardziej praktyczne auto? Tak, ale żaden inny elektryk nie ma tyle charyzmy i nie daje takiej frajdy z jazdy.

A czy do Ciebie przemawia elektryczne MINI?

Daj nam znać w komentarzu czy wolisz MINI w tradycyjnym wydaniu czy chcesz być EKO w tradycyjnym wydaniu.

Artykuł przygotowany przy współpracy z 4kolkaszczescia.pl

Za chwilę zostaniesz przekierowany na stronę Dealera oferującego wybrany pojazd.